Po Poznaniu latają… kamery

Kiedyś żeby zrobić zdjęcia z lotu ptaka, trzeba było wynajmować niezwykle drogi sprzęt i co najmniej kilku profesjonalistów. Teraz wystarczy mały i zwinny… dron, sterowany przez jednego operatora.

Takiej zabawki nie powstydziłby się sam James Bond – na szczęście jednak drony, którymi dysponuje Tomasz Szuster, właściciel firmy Skyphoto.pro. służą do bardziej „pokojowych” celów. Dzięki nim można po prostu z lotu ptaka robić zdjęcia i filmy różnych budynków czy też imprez. I chociaż drony mają swoje ograniczenia, to jednak są bardziej uniwersalne niż prawdziwe helikoptery czy tez paralotnie, używane dotychczas do takich celów.

– Nie wzniesiemy się wyżej niż kilometr, ale wyżej nie ma sensu. Gdybyśmy się wznieśli powyżej kilometra to nie można by rozpoznać obiektów na dole – opowiada Szuster. – Liczy się też odległość od nadajnika: do 3 kilometrów. Ale tego też się nie stosuje, bo chociaż mamy podgląd na ekranie sterownika, to najbezpieczniej jest widzieć nasz sprzęt. Wtedy można zareagować na warunki otoczenia. Wiele było historii, gdy ktoś latał i wpadł na drzewo, bo chociaż z przodu widział wszystko to z tyłu nie miał kamery. Ograniczony jest również czas lotu – do 10 minut. Potem wymiana baterii i latamy dalej.

Taki sprzęt daje duże możliwości – nie chodzi nawet o przygotowywanie materiałów szpiegowskich, ale już wykorzystywanie dronów w celach deketywistycznych…? Tomasz Szuster zaznacza, że dotychczas takich zadań nie wykonywał.

– Można tego używać w detektywistyce, oczywiście po zamontowaniu odpowiedniego teleobiektywu, bo te urządzenia są dosyć głośne, więc jakby podlecieć komuś do okna to słychać by było gwizd silników. Ale jak najbardziej jest to do zrealizowania. My jeszcze nie mieliśmy takiego zlecenia, ale znajomi podpowiadali mi, że jest to całkiem ciekawa branża, w której nasz sprzęt mógłby znaleźć zastosowanie – śmieje się Tomasz.

Dotychczas jednak jego drony były wykorzystywane tylko na imprezach i przez firmy, chcące mieć w swoich folderach reklamowych zdjęcia lotnicze swoich siedzib.
– Ostatnio np. klub sportowy Leśnik robił imprezę dla dzieci po operacji serca. Tam przyszliśmy z naszym sprzętem, pokazaliśmy im jak to lata i że można robić fajne zdjęcia – opowiada Szuster.

Trzeba jednak przy tym uważać – dron może bowiem nie tylko wpaść na drzewo, ale też zderzyć się z… ptakiem. Na szczęście nie jest wówczas „bezbronny”.

– Wszystko zależy od tego, jak duży jest ptak. Jeżeli jest to coś pokroju gołębia, to sprzęt potrafi latać bez jednego śmigła, a jest ich sześć. Kiedy jedno przestanie działać, to kontroler próbuje skompensować ten brak pozostałymi pięcioma – tłumaczy Szuster. – Przy odpowiednim ustawieniu możemy ściągnąć helikopter do nas i posadzić go na ziemi. Jeżeli wysiądą dwa śmigła to jest jeszcze jedno rozwiązanie: spadochron. Jest jeszcze takie niebezpieczeństwo, że może zabraknąć baterii, ale to oczywiście monitorujemy z kilku stron.

Generalnie przy „zabawie” z takimi dronami trzeba zwrócić baczną uwagę na bezpieczeństwo – drony potrafią bowiem ważyć nawet kilkanaście kilogramów. Pół biedy, jeśli maszyna spadnie na puste pole czy też zatrzyma się na drzewie – gorzej, gdy spadnie na samochód lub ruchliwą ulicę.

Do sterowania takim dronem nie potrzebne jest pozwolenie – obowiązują te same zaday, co w przypadku modeli zdalnie sterowanych. Na dronach można montować nawet najcięższe lustrzanki, ale też np. mniejsze i lżejsze aparaty bezlusterkowe. Ważne są również warunki pogodowe: żeby zdjęcia lotnicze wyszły, konieczna jest ładna pogoda i wiatr nie przekraczający swoją prędkością 7 metrów na sekundę.