„Walka z wszawicą ma wszelkie cechy walki syzyfowej” – napisała do nas nasza Użytkowniczka, Marzena. Jej córka już trzeci rok przynosi ze szkoły wszy, piękne, długie włosy trzeba było obciąć z tego powodu, a dziewczynka ma juz rany na głowie od drapania. Ale szkoła, mimo że rodzice regularnie zgłaszają to dyrekcji, nie potrafi sobie poradzić z tym problemem.
Wszystko z powodu przepisów. 1 stycznia 2009 roku weszła w życie nowa ustawa, która nie zalicza już wszawicy do chorób zakaźnych, a jedynie do chorób pasożytniczych. A to oznacza, że od ponad czterech lat inspektorzy stacji sanitarno-epidemiologicznych nie mają już obowiązku sprawdzania, czy w szkołach panuje wszawica – czy nie. To – jak mówi Ewelina Suska, rzecznik prasowy Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej – obowiązek dyrektora szkoły.
– To on ma obowiązek zapewnienia uczniom higienicznego miejsca do nauki – wyjaśnia rzeczniczka. – Od kiedy wszawica została uznana za chorobę pasożytniczą, wyłącznie do dyrektora szkoły czy przedszkola należy decyzja co do metod jej zwalczania. Panem jest teraz jedynie dyrektor.
Ale dyrektorzy szkół odpierają zarzuty i twierdzą, że oni też mają związane ręce.
– Obecnie bez pisemnej zgody rodziców placówka oraz dyrektor niewiele mogą zrobić, by całkowicie wykluczyć problem wszawicy w szkole – przyznaje Barbara Kuśnierczak, dyrektor szkoły podstawowej nr 23 przy ul. Norwida. – Jedyne, co możemy w tej sprawie zrobić, to poprosić wszystkich rodziców o podpisanie zgody na skontrolowanie głów ich dzieci przez szkolną pielęgniarkę i o to, aby dzieci z dłuższymi włosami miały je w szkole związane…
Większości matek czy ojców nie trzeba namawiać ani przekonywać do wydania zgody na sprawdzenie głowy dziecka. Ale zawsze jest grupa takich, którzy po prostu nie przychodzą na zebrania i trudno od nich wyegzekwować podpisanie zgody. I wtedy oczywiście nic nie można zrobić. Bo tylko znalezienie ucznia – lub uczniów – którzy przynoszą wszy, a także objęcie ich odpowiednią opieką mogłoby tu tak naprawdę pomóc. Związywanie włosów własnego dziecka czy dokładne ich przepatrywanie codziennie po powrocie ze szkoły to tylko półśrodki.
Pomóc nie może tu także Wydział Oświaty Urzędu Miasta Poznania, chociaż nadzoruje szkoły i przedszkola.
– Prawo musiałoby się zmienić odgórnie, aby rodzic nie miał wpływu na to, co robi się z jego dzieckiem, a tego chyba nikt by nie chciał – tłumaczy Dagmara Woźniak z Wydziału Oświaty. – Rodzic ma prawo wypisać dziecko ze szpitala, nie zgodzić się na przetaczanie krwi, tak samo ma prawo, by nie podpisać zgody na dotykanie i sprawdzenie, czy jego pociecha nie ma wszy. Wszystko zależy od determinacji i skuteczności dyrektora, nie ma jednak żadnej gwarancji na powodzenie.
Co więc pozostaje rodzicom, których dziecko przyniosło ze szkoły wszy? Mogą naturalnie skontaktować się ze szkołą – co niekoniecznie musi przynieść jakieś efekty. Mogą także napisać pismo do WSSE, by to ona zwróciła się do szkoły z apelem o kontrole dziecięcych główek. Wtedy dyrektor ponownie zwróci się o pisemne zgody na to od rodziców, Ci jednak ponownie mają prawo jej nie podpisać. Tak też koło się zamyka i od 1 stycznia 2009 roku nikt nie jest w stanie zrobić nic więcej.
.jpg)






.jpg)





